piątek, 7 stycznia 2011

Wenus c.d.

Tym razem dyptyk. Wenus jako Afrodyta obdarowana złotym jabłkiem.




















Taka sobie ta sztuka ;-)

S.Erazmus
2011-01-07

piątek, 31 grudnia 2010

Nowy Rok ;-)

Wszystkim moim obserwatorom i czytelnikom, a także wszystkim znajomym i przyjaciołom życzę wszystkiego dobrego w Nowym Roku. Dużo pomyślności, optymizmu i pozytywnego nastawienia do wszystkiego co się wokół dzieje ;-)
Oby ten nowy rok był jeszcze lepszy niż ten co się kończy ;-)

Pozdrawiam
S.Erazmus
2010-12-31

poniedziałek, 8 listopada 2010

Moja Wenus

Skończyłem malować moją Wenus – jednak nie jestem do końca zadowolony z rezultatu.
Obrazek jest dosyć ładny dzięki pięknej  kobiecie ;-). 

 Wiem, że zdjęcie jest trochę nieostre  z powodu dużego formatu obrazu (niebawem zmienię je na lepsze). 
Jednak zastanawiam się czy pomimo tego, da się dostrzec w nim "wizualną siłę  i czy obraz w ogóle jest spontaniczny i pełen witalnej energii" ?  ;-))
To był mały żarcik - obraz spontaniczny nie jest na pewno, jest przemyślany i powstawał z mozołem - malowałem go na zmówienie, niejako pod dyktando przyszłej właścicielki.
Czy jest "dobry"…, czy przyciąga tym czymś  ? - nie wiem.
Żywię nadzieję, że właścicielka będzie zadowolona - szkoda tylko, że nie chciała pozować jako model ;-))



S.Erazmus
2010-11-08

niedziela, 7 listopada 2010

Dla kogo taka sztuka?

W kontekście poprzednich wpisów : „Czy sztuka ma wyrażać piękno „


 „Dzieło sztuki zaspokaja nasza potrzebę, 
syci nas i uspokaja, godzi ze światem zewnętrznym,
pozwala nam usnąć bez trwogi …”
Nie pamiętam już skąd wziąłem ten cytat na motto  ;-)

Będąc przy temacie roli piękna w sztuce, postanowiłem jeszcze spełnić moją obietnicę podzielenia się moimi wrażeniami i odczuciami na temat różnych przesłań w sztuce (tych negatywnych i pozytywnych również) po przeczytaniu ksiąski „De Immundo”,. traktującej o apofatyczności i apokatastazie w różnych dziedzinach dzisiejszej sztuki. Wpadła ona mi  w ręce w styczniu tego  roku. (aut. Jean Clair, przekł. Maryna Ochab, wyd. „słowo / obraz terytoria”).
Książka nie jest nowa (w Polsce chyba od 2007). Ale przesłanie jeszcze długo pozostanie aktualne.
Zdecydowanie polecam tę pozycję, chociaż nie czyta się jej łatwo, pomimo tego, że nie jest bardzo obszerna i jest wydrukowana dużą czcionką;-).  Na niektórych fragmentach ja musiałem skupiać się dwa razy.
W moim artykule będę wspierał się licznymi cytatami, które najlepiej oddają sedno sprawy.
W czerwcu tego roku (2010) w Berlinie odwiedziłem wystawę sygnowaną przez Hansa Bellmera i Louise Bourgeois pt. „Double Sexus”.  Z całą pewnością mogę stwierdzić, że ani ja ani nikt inny nie przeszedł obok niej obojętnie. Sztuka ta wywoływała lawinę emocji. 
Tak jak w definicyjnym zamierzeniu sztuki jest budzenie emocji poprzez zachwyt, wstrząs lub szok czy też niesienie jakiegoś przesłania, tak „dzieła” zgromadzone na tej wystawie spełniały założenia tej definicji.
Artyści na pewno szokowali i wstrząsali. Budzili zachwyt grając na niskich instynktach.
Ja jednak pytam DLA KOGO TAKA SZTUKA jest kierowana, komu jest dedykowana, kto ma ją podziwiać i jakie przesłanie niesie.  Może jedynie do „bezdusznej” pozbawionej odrobiny estetyzmu przedstawicieli ludzkiego gatunku (wg S.Dali).
Odrębne pytanie – kto za to płaci i dla czego…
Czy marszandzi rzeczywiście „muszą” eksponować i promować tę „inna sztukę”, czy rzeczywiście „musza” doszukiwać się piękna w dziełach, w których jest ich brak, tylko po to by je sprzedać.
Myślę, że wystawa była dla mnie potwierdzeniem i pomocą w rozumieniu przesłania autora „De Immundo”.
Jean Clair chce zwrócić uwagę świata i wywołać chwilę refleksji nad współczesną sztuką i mechanizmami kierującymi jej rynkiem, poprzez skupienie uwagi czytelnika  na pewnych nazwałbym to wynaturzeniach i patologiach w niektórych kręgach tej „sztuki”.
Próbuje nas pouczyć co powoduje i jak to się dzieje, że we współczesnej sztuce obserwujemy zjawiska takie jak wystawianie na pokaz i bezczeszczenie ludzkiego ciała, poniżanie jego funkcji i wyglądu, deformacje i samookaleczenia.
Autor próbuje też znaleźć odpowiedź na pytanie o artystyczne uzasadnienie tych obrzędów artystycznych, które - co ciekawe - odbywają się często z błogosławieństwem ludzi, którzy kierują wielkimi instytucjami kulturalnymi.
„Jak to się stało, że od idealnego Platońskiego piękna przeszliśmy do tego, co można by nazwać –[…] – estetyką stercoraire, skatologiczną? […]
Mimo to stoimy wobec pytania: dlaczego konsekracja nagiej fizjologii odbywa się z błogosławieństwem ludzi, którzy kierują wielkimi instytucjami kulturalnymi w Kassel, Londynie, Nowym Jorku czy Paryżu? „


I dalej :
„Nigdy dotąd twórczość artystyczna nie była cyniczna i nie ocierała się do tego stopnia o skatologię, nieczystość i brudy. Nigdy też – […] –nie była tak ceniona przez instytucje […].
Dyrektorzy muzeów, organizatorzy wielkich wystaw międzynarodowych, krytycy, cały establishment smaku zdaje się przyklaskiwać owej sztuce upodlenia.”
 
Autor pracy przytacza wiele przykładów nowoczesnych artystów – perforatorów.
Zapoznaje nas z mechanizmami „popularności” niektórych twórców oraz z genezą „zachwytu”  pokazów wzbudzających fascynację krwią i wydzielinami ciała, z ekskrementami włącznie :
„…sztuka od wieków stawiała sobie za cel tyleż kształcenie umysłu, co radowanie zmysłów.
Wydaje się, że współczesna twórczość artystyczna gra w całkiem innym rejestrze. Niesmak zastąpił smak. Wystawianie na pokaz i bezczeszczenie ludzkiego ciała, ponizanie jego funkcji i wyglądu, morphinis i deformacje, okaleczenia i samookaleczenia, fascynacja krwią i wydzielinami ciała z ekskrementami włącznie, kaprofilia i koprofagia – od Lucia Fontana po Luise Bourgeois, od Orlan po Serrano, od Otto Muehla po Davida Nebredę sztuka oddaje się obrzędom, a plugastwo i ohyda piszą nieoczekiwany rozdział w historii zmysłów. Mudnus inmundus Est?”

Szuka przyczyn i korzeni tych wynaturzeń w ludzkiej psychice i popędach oraz spuściźnie kulturowej niektórych twórców i myślicieli :
„U akcjonistów i u innych cytowanych artystów w grę wchodzi człowiek nie jako nosiciel kultury,
lecz człowiek zezwierzęcony, gatunek zoologiczny „człowiek”. I jeśli mowa o doznaniach czy o estetyce , zostajemy sprowadzeni do infantylnego, a dokładnie niemowlęcego poziomu, na który poznanie świata zewnętrznego i własnych granic dokonuje się poprzez manipulowanie ekskrementami, w jakich ciało jest skąpane.”
[…]
„Wytwory artystyczne nie mają już w sposób najbardziej wzniosły uczcić i zaspokoić naszego wzroku, zmysłu najbardziej intelektualnego, lecz zabiegają o węch, zmysł najbardziej zwierzęcy, jak o psa wąchającego odchody swoich braci. Wąchanie dotykanie, nawet zjadanie ekskrementów to coś najbardziej prymitywnego, archaicznego i ciemnego w człowieku – czyżbyśmy żądali od sztuki, by nam to doznanie przywróciła? Czyżby mdłości miały nam przywrócić jasność? Czyżby celem dzisiejszej sztuki było nie wyrobienie smaku, lecz odzwyczajenie od niesmaku[…]? Czyżbyśmy mieli powrócić do  pierwotnej postawy naczelnych, pochylonej ku ziemi, z narządem powonienia znów sąsiadującym z organami płciowymi? „
[…]
„Artyści najwyraźniej nie przejmują się tymi kwestiami, za to chętnie manipulują ekskrementami i przydatkami naskórka pod często obojętnym okiem publiczności i przy zachęcie władz publicznych, które zamawiając dzieła, uprawomocniają ich twórczość.”

 Dalej Clair wskazuje, że sztuka współczesna degraduje się, a wszystko to przy wsparciu wielkich instytucji powołanych aby wspierać jej rozwój :
„Po co się wysilać, aby zostać nowoczesnym Leonardem i namalować Giocondę, skoro zwykłe „rośnięcie  włosów, zarostu i paznokci”, „wymioty, ejakulacja i tym podobne” już jest twórczością i czyni z każdego człowieka istotę wyjątkową. […] Jeżeli muzeum jest instytucją, która […] zmienia to, co kultowe w kulturowe – przedmiot dawnego kultu staje się dziełem sztuki – to wystawianie pisuaru w salonach muzealnych jest równoznaczne z przyznaniem owej instytucji mocy profanacji, ponieważ czyni z przedmiotu użytkowego, jeśli nie wygódki. Dzieło sztuki, a z miejsca niegdyś poświęconego muzom – przestrzeń bliską publicznej toalecie […] , słowem miejsce podejrzane jakim stało się „nowoczesne” muzeum sztuki.”

Dalej stwierdza:
„Tak więc nieczystość staje się uprzywilejowaną kategorią dzisiejszej sztuki”
 
Wciąż pozostając pod wrażeniem wspominanej pracy powiedziałbym, że w niektórych instalacjach sztuki współczesnej ( i nie idzie tutaj tylko o malarstwo) pod przykrywką „eksperymentów” artystycznych próbuje się nam zaszczepić fascynację miernotą, brzydotą, złem, brudem i zgnilizną, grozą czy śmiercią (np. w postaci eksponowania trupów).
Mam wrażenie, że nakazuje nam się zachwycać fenomenem sztuki bazującej na fekaliach, a to
w kontekście eschatologii spraw ostatecznych i umartwiających się artystów (poprzez publiczne samookaleczenie się czy oddawanie się fizjologicznym i seksualnym czynnościom, pokrywanie się ekskrementami  czy też spożywanie ich). Nakazuje się nam też odnaleźć tutaj inny, „wyższy” wymiar takiej „sztuki” wskazując na jej boski pierwiastek.
 Czy wszystko to dzieje się po to, by ukryć patologie i wynaturzenia wnikające z ludzkich problemów, ich fascynacji brzydotą i złem a także patologii codziennego, realnego życia.
Na szczęście dla mnie to wszystko budzi we mnie tylko odrazę.
Autor, niejako podsumowując swoje rozważania, może trochę pesymistyczne stwierdza powołując się na Baudleaira:
„Przyjdzie taki czas,[…] kiedy nie tylko piękno zostanie zapomniane, lecz będzie się czcić jako piękno odrażającą brzydotę.”


Ponawiam pytanie – DLA KOGO TAKA SZTUKA ?
Z resztą mniejsza o odpowiedzi ….

S.Erazmus
 2010-11-07

P.S.
„Ustanowiony brak różnicy między świętością a świętokradztwem to najkrótsza droga do barbarzyństwa.”

piątek, 1 października 2010

Czy sztuka ma wyrażać piękno - c.d.


No tak, ostatnio zdarzyło mi się zapomnieć, że istnieje wiele "różnych" wersji piękna - zależnych od gustów.
Tylko czy wtedy podział na piękno i brzydotę na jakikolwiek sens ?
Czy zatem na świecie istnieje tylko piękno, przy czym niektóre rzeczy są piękne inaczej... ?

Dość regularnie śledzę (przynajmniej staram się) co się dzieje bądź działo (ostatnie kilkadziesiąt lat) w obszarze "nowoczesnych" sztuk malarskich. Myślę tu wielu artystach, nie tylko z naszego polskiego podwórka.
I wtedy bardzo często staję przed dylematem. Dla czego ja nie dostrzegam w "wielkich dziełach" tej "nowoczesno-abstrakcyjnej" sztuki, żadnych wartości estetycznych, żadnych walorów, nawet nic ciekawego. Dla czego nie odnajduję tej "iskry bożej", która powoduje błysk oka widza i zmusza do zatrzymania się przed "dziełem" i oddania mu ukłonu.

Coś, co z założenia powinno zachwycać, wstrząsać i nieraz szokować lub uczyć i przemawiać do nas swoim przesłaniem, jest po prostu nieciekawe, nudne i banalne w swojej "spontaniczności".
Często też wydaje mi się, że taki "nowoczesny-artysta" naigrywa się z widza... (Przypomina mi sie tutaj "uoślanie" publiki przez jednego z naprawdę wielkich nowoczesnych, który "zaciekawiał" dając wykład o pierdzeniu).
No chyba, że to ja nie dorosłem jeszcze do tej "nowoczesności"

Najbardziej jednak intryguje mnie zagadka, jak to się dzieje, że często te "nowoczesne" dzieła, ten rodzaj sztuki jest cenny (rynkowo) i ceniony w ogóle. Czy tylko dla tego, że jest sławny i wypromowany?.
Może idzie o to aby w sztuce również doczekać się szybkiego zwrotu z inwestycji, im szybszego i większego tym lepiej. Może to powoduje, że coś jest promowane, nakazując nam zachwycać się nad tym, tylko po to by szybko doczekać się zysku.

Ja jednak myślę, że jeśli w sztuce w której trudno dopatrzeć się elementów piękna, jakichś wartości artystycznych wynikających z wysiłku twórczego autora/artysty i drogi dochodzenia do powstania dzieła czy też jakiegoś przesłania, to taki rodzaj dzieła pozostaje tylko ładnym (i sławnym) elementem dekoracyjnym, nawet jeśli jest on bardzo wyrazista i spontaniczna lub próbuje się patrzeć na nią przez woal poezji ( tak jak to było ładnie ujęte na jednym z blogów który obserwuję, i którego autor dość mocno mi imponuje ;-)  ).

2010-10-01
S.Erazmus

P.S.
Chyba sam sobie odpowiedziałem : coś może być cenne bo jest sławne...
Odwrotnie też to działa :-)

P.P.S.
Wierzę, że kiedyś zostanie mi objawione jak zachwycać się tym rodzajem sztuki, że coś lub ktoś mnie natchnie i nauczy jak postrzegać tę inną wersję piękna, by zauważyć i odnaleźć je wśród tej niby wyrazistości i spontaniczności....

poniedziałek, 12 lipca 2010

Do Ciebie pieśnią wołam …

Do Ciebie pieśnią wołam …,
Bo ponoć wszystko możesz dać,

…więc daj mi szansę jeszcze raz,
bym mógł znów jak beztroskie dziecko być…


















 

2010-07-12
S.Erazmus

P.S. Nie jestem pewien czy udała mi się ta sztuka ...
Ale sparafrazowane słowa z utworu T. Nalepy
pasują świetnie do zaprezentowanego obrazka.

niedziela, 20 czerwca 2010

Czy sztuka ma wyrażać piękno ?



Zacząłem się nad tym zastanawiać gdy w styczniu tego roku wpadła mi w ręce książka „De Immundo” traktująca o apofatyczności i apokatastazie w dzisiejszej sztuce (autor: Jean Clair). Naprawdę niesamowite - ale o moich wrażeniach i odczuciach na temat różnych przesłań w sztuce (tych negatywnych i pozytywnych również) w jednym z moich kolejnych artykułów – obiecuję.
Na razie skupiam się na pięknie – jeśli sztuka ma coś wyrażać to jest ono na pewo jednym z tym elementów.
Poniżej dwa obrazki – nie wiem czy są one piękne, ale jestem pewny, że „oryginały” są.



































A tak właściwie to co sztuka wyrażać powinna?
Bo ja jestem zdecydowanym zwolennikiem piękna.

2010-06-20
S.Erazmus

niedziela, 13 czerwca 2010

Dwa portrety


Tym razem prezentuję dwie prace – dwa portrety tej samej osoby.
Oba portrety są realistyczne, chociaż bardzo różne.
Nie są to dwa inne spojrzenia lecz dwa różne sposoby wyrazu.
Nie chcę pytać, który jest ładny i podoba się, chcę zapytać, jak udała mi się ta sztuka?

Ktoś powiedział, że dobry portret przedstawia nie tylko osobę portretowaną,
ale wyraża również charakter, emocje i nastrój autora.
Osoba na portrecie jest mi zupełnie obca, więc nie można mówić tu o jakichkolwiek emocjach względem jej – jedynie nastrój chwili i charakter...
Czy to prawda ?
















Powyższe dwa pytania pozostawiam bez odpowiedzi.
2010-06-13
S.Erazmus

piątek, 11 czerwca 2010

Ex-libris

Popełniłem ostatnio kilka rysunków – będę je tutaj sukcesywnie zamieszczał
Poniżej – mój ex-libirs.
















Czy udała mi się ta sztuka ?
;-)

2010-06-11
S.Erazmus



poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Pytania o sens, czy sens pytań ?

Pozostając w nastroju spowodowanym ostatnimi wydarzeniami w naszym kraju, (tymi z 10 i tymi z 17 kwietnia) wciąż rozmyślam o nich. Słowa Korowodu wyśpiewanego przez Grechutę dobrze oddają kształt tych myśli oraz sens ich ...

Kto pierwszy szedł przed siebie?
Kto pierwszy cel wyznaczył ?
Kto pierwszy z nas rozpoznał ?
Kto wrogów ? Kto przyjaciół

Kto pierwszy sławę wszelką i włości swe miał za nic?
A kto nie umiał zasnąć nim nie wymyślił granic ?
Kto pierwszy w noc bezsenną wymyślił wielką armię ?
Kto został bohaterem ? Kto żył i umarł marnie?
(...)
Kto z gwiazdozbioru Vega patrząc za ziemię zgadnie
Kto pierwszy był człowiekiem ?
Kto będzie nim ostatni ?
(...)
Wciąż niepewni siebie, siebie niewiadomi
Pytać wciąż będziemy, pytać po kryjomu (...)



..., pytam siebie i szukam też odpowiedzi.
Za dużo jednak tych pytań u nas, za dużo odpowiedzi i słów też za dużo…
Przeczytałem na jednym z blogów (oczywiście o sztuce, który regularnie śledzę) :

(…) Dostaliśmy symbol, a patriotyczna pamięć żywi się symbolami (…) - i dalej - (…)Wiele spraw roztapia się w pamięci historii. Jednak wierzę, że krypta na Wawelu pomieści pamięć o Katyniu.(…)

Piękne to słowa, budujące i pełne pociechy - oby takich więcej.
Mam nadzieję, że tym razem historia rzeczywiście zatoczyła koło, a cykl zdarzeń związanych z Katyniem zakończył się. Ważne jest to jest dla mnie, tym ważniejsze gdy wspominam, że kiedyś, dawno temu, wiele ofiarowałem dla tej sprawy… Zresztą mniejsza o słowa – za dużo ich.


2010-04-19
S.Erazmus

P.S. Pisanie o sobie to rzeczywiście bardzo intymna rzecz - zwłaszcza w trakcie. Żaden artysta nie lubi zaglądania „przez ramię” podczas aktu tworzenia - potem niech się dzieje co chce...

niedziela, 4 kwietnia 2010

Portrety c.d.

Tym razem nie mam oporów aby zaprezentować kolejne portrety, ponieważ osoba ta nie ma nic przeciwko temu. Z jednej strony nie mogę szczerze powiedzieć, że była (jest) kimś bardzo ważnym w moim życiu, ale z drugiej muszę przyznać, że był czas kiedy ja byłem dla niej bardzo ważny.

Poniżej dwa portrety tej samej osoby :
pierwszy przedstawia ją tak jak wygląda obecnie i jak wyglądała w 1938r.




















2010-04-04
S.Erazmus

P.S.
Nie pytam czy udała mi się ta sztuka bo sam wiem najlepiej ;-)

wtorek, 2 lutego 2010

Portrety


Nie jestem pewien czy można pokazywać „publicznie” czyjś portret (nawet jeśli nie jest to zdjęcie wiernie oddające podobiznę).
Dla tego też, zwykle nie publikuję obrazów ludzi, których „uwieczniłem” – chociaż nieskromnie powiem miałbym czym się pochwalić.
Jednak tym razem otrzymałem zezwolenie. Poniżej zamieszczam (jak zwykle żądny pochwał i uznania)obraz przedstawiający moich przyjaciół w bardzo ważnym momencie ich życia.













Pomijając niezwykłe podobieństwo sportretowanych ;-), a skupiając się na kompozycji obrazu, „kakofonii” barw oraz magicznych motywach roślinnych i ludzkich (zaczerpniętych od … - ale nie powiem od kogo) chciałbym aby każdy obserwator mógł powiedzieć, że obraz „żyje”… .

2010-02-02
S.Erazmus

P.S.
Udała mi się ta sztuka ?
Z pewnością zaprezentuję tutaj jeszcze kilka portretów spod mojej ręki.

niedziela, 22 listopada 2009

Krótko ...

Odczuwając kolejną potrzebę pochwalenia się moimi obrazkami, czynię to dzisiaj z okazji swoich urodzin ;-) bez rozwodzenia się na ich temat.













The mirror - 2009










Portret - 2007













Pierwszy - ten z lustrem - to mój ostatni eksperyment, drugi trochę starszy.
Nie wiem czy jest życie w tych obrazach - za to ładnie się prezentują w drewnianych ramach na ścianie ;-)


S.Erazmus
2009-11-22

niedziela, 1 listopada 2009

Zazdroszczę...

Poprzedni mój artykuł zakończyłem zdaniem „Po prosu zazdroszczę mu…”
Jak też stwierdziłem w sekcji „O MNIE” – jestem żądny pochwał i podziwu, mało skromny i zarozumiały. To wszystko nic w stosunku do tego że, jestem okropnym zazdrośnikiem.

Zazdroszczę wielu ludziom wielu rzeczy…
Ostatnio na jednym z blogów o sztuce, który regularnie śledzę przeczytałem artykuł, który wzbudził we mnie falę ogromnej zazdrości (tej pozytywnej jednak).

Autor (właściwie autorka) bloga opisał(-a) swoje doświadczenia związane możliwością osobistego spotkania z kilkoma współczesnymi artystami (polskimi). Są to przeżycia i doznania z przebywania z nimi, z możliwości wymiany poglądów i uwag o sztuce…. – tym cenniejsze, że unikalne i niemożliwe od powtórnego przeżycia. Wymienieni przez autora (-kę) artyści już odeszli … - swoją drogą właściwy moment na wspomnienia.
Dla tego czytając ten wpis na tamtym blogu doznałem wielu odczuć.
Po pierwsze uczucie wspomnianej już zazdrości, po drugie melanchlii i zadumy
- typu "stop, zatrzymaj się - vanitas vanitatum et omnia vanitas ! " -
Co jest ważne i nie jest marnością …? Wiedzieć to, to sztuka właśnie…. !!!

Autor (-ka) tamtego bloga naprawdę miał(-a) wielkie szczęście i zaszczyt .. – ciekawe czy jest tego świadomy(-a).

Popychany tą zazdrością postanowiłem ulżyć sobie trochę i pochwalić się jednym z moich ulubionych obrazów, który kiedyś popełniłem– myślę, że nawet pasuje do nastroju dnia w którym go prezentuję.

















Oczyszczenie - 2007



S.Erazmus
2009-11-01

sobota, 31 października 2009

Czy jestem geniuszem ?

Czy jestem geniuszem ? - to pytanie często stawiał publiczne i takim pytaniem zaczyna swoją książkę – pamiętnik jeden z prawdziwych geniuszy malarstwa XX wieku – Salvador Dali.
W wieku 6 lat chciał zostać kucharką, gdy miał 7 – Napoleonem. Odtąd jego ambicja nie przestawała rosnąć, podobnie jak jego mania wielkości.
Tak, był geniuszem, nie tylko malarskim ale też geniuszem manipulowania ludźmi, sterowania ludzką głupotą i ślepo-naiwnej wiary oraz oślego zachwytu w to co często przekazywał podczas swoich prelekcji czy „wykładów”. Te publiczne próby interpretowania treścii i przesłań zamieszczonych w swoich dziełach nazwał bym dzisiaj „uoślaniem publiczności”.
Dodatkowo jego geniusz potwierdzony został przez niebywały wręcz sukces komercyjny.
Dla mnie Dali był niezwykłym artystą-malarzem, niezwykłym twórcą, niezwykłym człowiekiem
z nieprzeciętnym wyczuciem sztuki, znajomością życia i ludzi, których wielu lekceważył za ich tendencję do bycia „uoślanym”. Często surowy w swoich ocenach i krytykach - w odróżnieniu od otaczających nas ludzi tak niedokończonych, tak pospolicie przedstawionych , że podobni są raczej do niechlujnych karykaturalnych szkiców pospiesznie nakreślonych przez przymierającego głodem artystę na tarasie kawiarni.
Do prawdy nie mylił się w niczym - jego mania wielkości rosła, a w porównaniu z miernotą i małością "uoślonych" (tych z "dyletantyzmem szewca albo krawca") wydawała się jeszcze większa, wręcz napuchła do gigantycznych rozmiarów.

Nie wiem czy jego geniusz twórczy jest prawdziwy, czy też jego zdolności do wyrażania swoich wizji, jego dar „uoślania” oraz wszelkiego rodzaju dziwactwa to objaw przeciążenia umysłu różnymi dopalaczami i wspomagaczami wyobraźni. Jednak jego dorobek malarski jest niesamowity, nieporównywalny do innych (no może jeszcze powinienem wspomnieć wielkiego Picassa – ale o nim innym razem). Gdy pochłonięty byłem studiowaniem jego życiorysu i dorobku twórczego mój zachwyt dla niego rósł razem z jego „ambicją i manią wielkości”.



















Powyżej : „Geopolityczne dziecko obserwujące narodziny nowego człowieka” – 1943
oraz „Wydzielenie atomu (Dematerializacja obok nosa Nerona)” – 1947
Miałem ochotę jeszcze tutaj zamieścić obraz „Częściowa halucynacja. Sześć zjaw Lenina na fortepianie” – 1931

Jego naprawdę żywe obrazy, przemawiające do nas symboliką swoich treści oraz wyraźnym przesłaniem skłłaniają mnie by wybaczyć mu, gdyby okazało się, że wszystko to, cały on, cały jego geniusz, to tylko efekt przeciążenia mózgu jakąś chemią...
Wiele bym dał by móc być choćby w małym stopniu podobnym do niego, by potrafić przemawiać żywymi obrazami, pełnych rozmaitych symboli – czasem krzyczących wprost do widza swoim przesłaniem, czasem dwuznacznych a czasem zagadkowych lub wręcz niezrozumiałych. Bo jego obrazy trzeba czytać jak księgi, tak jak strony jego pamiętników. Trzeba przyjrzeć się tętniącemu w nich (obrazach) życiu, trzeba wchłonąć metafory i symbole by móc zrozumieć treść…
Wielka to sztuka …trudna, zarazem piękna, pozornie nieodgadniona … W malarstwie Dalego można zauważyć ewolucję jego warsztatu, kompozycji, formy i tematów równolegle do ewolucji jego poglądów i męczących (może dręczących) go myśli.

Odnajduję w jego obrazach pieczołowitą staranność i trud tworzenia – w tym sensie jednak, że mimo czasem irracjonalno-abstrakcyjnych treści obrazy sprawiają wrażenie przemyślanych, dopracowanych i powstałych nie w pośpiechu (jak wiele innych pseudo abstrakcji) ale namalowanych z należytą uwagą i wysiłkiem.
Nie dziwi mnie już to, że oglądając jego obrazy doznaję odczucia, że moje własne jawią mi się jako wielka klęska …

Po prostu zazdroszczę mu...


S.Erazmus
2009-10-31

P.S. "Uoślanie" należy rozumieć jako ogłupianie ;-)

środa, 14 października 2009

"Sztuka idzie i będzie …."

No właśnie jaka będzie ta sztuka – cytując dalej za niedoścignionym krakowskim artystą (był tylko jeden taki) – „Sztuka idzie i będzie wielka, nieraz to aże się boję tego co mi wyobraźnia przyniesie” I ja nieraz boję się swojej wyobraźni, odczuwam lęk przed wizjami i obrazami sprzed zamkniętych oczu…, nierzadko, poddając się ich biegowi lub czasem zatrzymując się na którymś z nadzieją, że kiedyś go urzeczywistnię, boję się że nie podołam swoim wyobrażeniom o sztuce, że gdzieś przepadnę rozdeptany i zmiażdżony przez ponurą materialną rzeczywistość naszego świata „w epoce katastrof, w mechanicznym i pełnym przeciętności świecie, w którym mamy nieszczęście i zaszczyt żyć”.

Jednak próbuję, próbuję pozbyć się przeciętności, poprzez malowanie próbuję zatrzymać bieg myśli w swoim przeciążonym wizjami umyśle - chociaż zdaję sobie sprawę, że moje obrazy mogą być moimi osobistymi klęskami..













Portrety z 2007 i 2009 (co prawda nie są w pełni z wyobraźni)


Mam tylko nadzieję, co prawda nikłą i ulotną, jednak chciałbym aby słowa wielkiego krakowianina spełniły się i w moim przypadku – „że się z tego wykroić musi piękna, szeroka otwarta sztuka. Ale daleko jeszcze – daleko, ale idzie i będzie wielka. Sztuka jasna, marmurowa, krystaliczna…”



S.Erazmus

P.S. Ale mnie wzięło na marzenia .... ;-)

niedziela, 27 września 2009

Balance of red

Skończyłem niedawno malowanie kolejnego obrazu - a właściwie dwóch (dyptyk).
Zatytułowałem je "Balance of red : temptation" i "Balance of red : after ".
Chciałem aby udała mi się taka sztuka ;-) aby zachować równowagę czerwieni na obydwu obrazkach.












Myślę, że łatwo zauważyć próbę zbilansowania brakującej czerwieni w jabłku, czerwienią paznokci ...
Czy dzięki tym zabiegom oraz moim próbom narzucenia interpretacji obraz żyje ?
Nie wiem ...

Za to wiem na pewno kto (świadomie napisałem "kto" a nie "co") rządzi ludzką naturą, a wodząc na pokuszenie ma możliwość wpływania na życie....


S. Erazmus
29.09.2009


P.S.
;-)


niedziela, 20 września 2009

Takie tam różności ...

Znowu odczułem potrzebę pochwalenia się moimi obrazkami. Poniżej zamiściłem pewne trzy sprzed kilku lat : "Trudy baletu", "Odwaga", "Ulotna wolność myśli"

Jednak nie wiem dla czego akurat je właśnie chiałem pokazać razem - wiem, że jest coś co je łączy, mają jakiś wspólny element...
Przynajmniej na mnie działa to coś niewytłumaczalnego, coś co powduje, że hipnotyzują i muszę je obejrzeć wszystkie trzy - w zamieszczonej kolejnośći oczywiście - by powrócić z zamyślenia do realnego świata .
Myślę, że to "coś" sprawia, że obrazy te "żyją".
















"Trudy baletu"












"Odwaga"















"Ulotna wolność myśli"


20.09.2009
S.Erazmus


P.S.
Oczywiście nie wszyscy muszą się zgadzać z moją interpretacją ;-)

piątek, 18 września 2009

Cymbaliści – czyli trochę o Witkacym

„Było cymbalistów wielu,
Ale żaden nie śmiał zagrać przy Jankielu”
– czy jakoś tak...

Wielu różnych artystów (z racji swoich zainteresowań mam na myśli głównie malarzy) czasem gorszych lub lepszych, bardzo dobrych czy też genialnych, zostawiło swój ślad na naszej polskiej ziemi.
Jednych lubimy mniej lub bardziej, innych cenimy za podejmowaną tematykę i treści a innych za piękno formy lub grę kolorów. Jednakże są też tacy, których przy jednoczesnym podziwie dla ich dokonań nie tolerujemy, nienawidzimy albo nawet boimy się. Tak, boimy się nie rozumiejąc do końca o co im chodziło, co chcieli powiedzieć, jakie przesłanie nieśli, o czym mówią ich utrwalone na obrazach i rysunkach wizje. Czy chcieli pokazać inne piękno czy też alternatywny świat?









Naprawdę genialne zdjęcie portretowe

Chodzi mi tutaj głównie o tzw. młodopolskich twórców, a przede wszystkim Witkacego, którego 70 rocznica śmierci właśnie przypada na 18 IX.

Myślę, że należy mu się i jemu podobnym kilka słów ode mnie. Gdyż poeci i malarze ci (oczywiście dodając do tego grona romantyków) mieli na mnie ogromne oddziaływanie za czasów mojej młodości (wczesne lata 80) - wpływając na moje czyny i życiowe decyzje....

Wracając do Witkacego - wtedy jednak zupełnie inaczej na niego patrzyłem, zupełnie inaczej oceniałem jego twórczość, byłem zafascynowany obrazami i portretami przedstawiającymi jego wizje i inny sposób obserwacji ludzi i otoczenia a właściwie utrwalania ich w rozmaitych formach twórczych. Ogromne wrażenie robiła na mnie jego zdolność do tworzenia oryginalnych często niesamowitych sformułowań. Podobną zdolność do „słowotwórstwa” napotkałem jeszcze tylko u Lema – choć nie twierdzę, że innych nie było.

Zaiste słowa: „Nad zrębem planety, pośród gwiezdnej nocy szereg alefów w nieskończoność płynie i nieskończoność unieskończoniona zawiera sama w sobie przez siebie zdradzona kłęby, kłęby, kłęby tytanów i rogate widma ... ” godne są wielkiego geniusza dzisiejszych czasów, np. Stephena Hawkinga.

Jak bardzo genialny umysł trzeba mieć by wymyśleć takie strofy – za pomocą poezji podać matematyczną formułę przestrzeni kosmicznej (nie będąc wykształconym astrofizykiem i bez nowoczesnej aparatury obserwacyjnej).
Samo sformułowanie „szereg alefów w nieskończoność płynie” genialnie obrazuje znaczenie pierwszej litery alfabetu hebrajskiego w matematyce.

Bo wszystko to, jest jak "..serce i rozum, wiedza i sztuka wyśniona (...) a nadzieja rośnie jak wielka rzeka, która po obu brzegach wzbiera..." - nie pamiętam dokładnie tej strofy ;-), ale świetnie nadaje się do tego by połączyć "szkiełko mędrca" i "ducha" - to o czym Witkacy myślał i pisał, wyobrażał sobie i utrwalał na płótnie czy papierze.

Swoje obserwacje, poglądy na życie i sztukę, niezwykle trafne wnioski a nawet zadziwiające i niezwykłe poglądy filozoficzne i socjologiczne zamieścił Witkacy w wielu swoich publikacjach:

… sztuka, na równi z religią i metafizyką, była jednym ze środków, przy pomocy których człowiek od wieków starał się uwolnić od męczarni istnienia jako takiego, tego codziennego. Dawniej męką był strach przed nieznanym i groźnym, dziś jest to raczej strach przed pospolitością, która nas zalewa ze wszystkich stron i w krótkim czasie pokryje prawdopodobnie zupełnie. („Teatr” 1939)

Jego wszechstronność twórcza świadczy o wielkim formacie artysty, jakże ja mu zazdrościłem (i chyba trochęn adal zazdroszczę) umiejętności portretowania i przelewania swoich wyobrażeń na obrazy czy papier…
Mógłbym niemalże bez przerwy oglądać jego rysunki i portrety. Robią wrażenie i zapadają w umysł jego oniryczne wizje oraz różne wymyślone światy i fantastyczne wyobrażenia, które dodatkowo fascynują swoją formą, doborem kolorów i czymś jeszcze … - tą „iskrą”, tym czymś co zmusza do zatrzymania wzroku i dłuższego przyjrzenia się obrazowi.













Oglądając jego obrazy rzeczywiście można powiedzieć, że one żyją.
(Mam tylko nadzieję, że nie naruszyłem żadnych praw, zamieszczając tutaj obrazki Witkacego)

Jednakże z biegiem lat mój podziw dla Witkacego słabł - w miarę rozwijania w sobie zdolności do interpretowania i
subiektywnej oceny sztuki a także w miarę zdobywania doświadczenia w umiejętności dostrzegania co jest ważne w sztuce (tzn. malarstwie), zaczynałem inaczej patrzeć na jego „geniusz”.
Zacząłem zadawać sobie pytanie, czy rzeczywiście jego prace są oryginalne i genialne, dla tego bo to on był wnikliwym obserwatorem i genialnym artystą potrafiącym utrwalić myśli, wyobrażenia i uczucia – czy wszystko to efekt stosowanych przez wielu twórców tej epoki różnych wspomagaczy umysłu (narkotyki i alkohol).
Wszystkie te środki „zielonej wróżki” spowodowały, że rzeczywiście wiele jego obrazów ożyło (ale dla mnie teraz, w innym alternatywnym świecie). Dzięki temu jedynie nie można zaprzeczyć symptomów genialności jego pracom.
Jednak świadomość tego, że Witkacy i współcześni mu tworzyli w upojeniu alkoholowym albo pod wpływem rozmaitych środków i wspomagaczy powoduje że zaczynam mniej cenić takich twórców. Łatwo było oszukać takiego młodego fascynata jak ja, ślepo i fanatycznie zapatrzonego w genialnych twórców - poetów i malarzy...


Doświadczenie życiowe zrobiło swoje, zaczynam zdawać sobie sprawę, że ich wizje tak na prawdę nie są ich ale są produkcją (może projekcją) ich „przeciążonych chemią” mózgów.
To nie ich zasługa, że byli genialni, mój zachwyt dla nich i zazdrość gdzieś znikł…
Przestały też mnie dziwić, fascynować i imponować ich zdolności słowotwórcze, chociaż wciąż pozostaję pod wrażeniem utrwalonych na papierze (obrazy i pisma) wizji, wyobrażeń i przeróżnych sformułowań.


Wydaje mi się, że wiem już co było "natchnieniem" Witkacego gdy wymyślił „schujowacenie mózgowia” (poniżej jego obrazek o takim samym tytule):



Do prawdy obrazek ten robi wrażenie – na pewno jest dobry bo przyciąga uwagę i nakazuje zatrzymać się przed nim na chwilę, forma też jest niezwykła – ale czy ten obraz rzeczywiście żyje ? W każdym razie na pewno szokuje, inskrypcja wskazuje, że artysta nie palił od 69 dni ale nie żałował sobie „pyfka” ;-)

Chyba wiem też wiem, skąd brała się u niego taka wnikliwość obserwacji i trafność wniosków (przykład poniżej):
„..Jako właściciel wielkiej firmy gębowzorów, czyli będąc po prostu psychologicznym portrecistą, mam tę wadę że gęba ludzka w niesamowity sposób mnie interesuje. Normalnie idąc po ulicy musiałem każdą twarz zarejestrować: wziąć ją w siebie, szybko strawić intuicyjnie i określić, i wyrzygać …” (”Niemyte dusze” ok. 1936)

Dlatego dzisiaj powiedział bym inaczej : jak bardzo pokręcony i popaprany trzeba mieć umysł aby zażywać różne paskudztwa by móc tworzyć i pisać dzieła jak Witkacy i inni mu podobni – już wiem, że nie jest to sprawa ani geniuszu ani pokręconego umysłu – chociaż czasami jest to tożsame - lecz wizji i wyobrażeń pod wpływem "chemicznego przeciążenia".

Podsumowując : Witkacy i wszyci ci z wielu młodopolskich (modernistycznych) artystów próbujących zawładnąć sercami i umysłami otaczających ich ludzi mają wspólną cechę – większości z nich udała się ta sztuka – większość z nich odcisnęła prawdziwe piętno na tych sercach i umysłach.
Ja dopatruję się tutaj wspólnej przyczyny tej cechy – w moim mniemaniu „tworzyli” oni swoje dzieła pozostając pod wpływem „zielonej wróżki”. Wywoływanie wizji takimi „wspomagaczami” jest chyba drogą na skróty, pójściem na łatwiznę.
Dla tego uważam, że naprawdę genialny jest ten artysta, który „widzi zamkniętymi oczami”, wyobraża sobie i tworzy sam z siebie bez „wspomagania”– to taki, który potrafi odcisnąć ślad na uczuciach, sercu i umyśle bez uciekania się do wywoływania szoku i uciekania się do najniższych ludzkich instynktów.


Dla mnie taki artysta jest dopiero „Jankielem „ z którym nikt równać się nie może a nawet nie próbuje, „nawet by nie śmiał” ….


Już więc wiem i rozumiem, że cymbalista nie jest równy cymbaliście – chociaż raczej powinienem użyć słowa cymbał cymbałowi.

S.Erazmus
18.09.2009


P.S.
Na pocieszenie dla siebie – aby się trochę dowartościować i napełnić małą nadzieją, że warto jednak tworzyć, lub chociaż próbować … :

Wartość tych kresek, tak dziś pogardzanych,
Oceni kiedyś jakiś przyszły znawca,
Nic w nich, ach, nie ma modern udawanych,
Dyletantyzmów szewca albo krawca.
(„Do przyjaciół lekarzy, lata 30”)

A może to ja się mylę, może właśnie uleganie wpływom środków spod znaku „zielonej wróżki” jest metodą na bycie ekscentrycznym, mądrzejszym, lepszym ….
Ale co wtedy z tymi, którzy są naprawdę dobrzy i bez tego ?


sobota, 5 września 2009

Nie tylko "Piórka "


Podczas lata przychodzi czas, kiedy człowiek musi się "podporządkować" i spędzić trochę czasu na plaży wystawiając się na działanie słońca. No i ja również się podporządkowałem… Po paru chwilach, kiedy znudziło mi się oglądanie prawie nieosłonionych ciał oddałem się lekturze. Tym razem wziąłem na wakacje, ze sobą tomik poezji Jana Sztaundyngera: „ Nie tylko „Piórka” ”– który to, zakurzony pomiędzy innymi, dawno już zapomnianymi przeze mnie książkami z lat 70/80-tych został prze zemnie na nowo odkryty. Prawdziwa skarbnica śmiesznych i pełnych ironii oraz życiowych prawd fraszek, pouczających przysłów, a także mądrych i pięknych wierszy o ludziach i życiu. Polecam, chociaż zdaję sobie sprawę, że nie jest to lektura łatwa i lekka na wakacyjny relaks, a wręcz bardzo refleksyjna. Za to trafność i śmieszność fraszek naprawdę rekompensują poświęcony czas – może dzięki temu mogę powiedzieć, że miałem udany urlop.


Oto kilka ciekawych (wg mnie) przykładów:


Miłość

Wdzięczność bez granic
Za wszystko i - za nic.


Brak świadków
Cnotliwa nie ma świadków
Na gładkość swoich pośladków.


Brak trzech „o”
Brak okazji, odwagi, ochoty –
Powody niejednej cnoty.


O brzózkę
Kochałeś brzózkę, gdy była ładną.
Kochaj, gdy jej listki spadną.


Ciężar świata
Czy czasem
Nie ty, kobieto, jesteś Atlasem ?


Trudności
W sporach z żoną
Ona sędzią jest i stroną.


Żonie na pociechę
Gwiazd milion. Słońce jedno,
Przy którym gwiazdy bledną.


Napis na moim grobie
Taki napis na grobie by mnie cieszył
„Nie byle kto, bo byle czym się cieszył” .


Śmierć poety
Gdy nikt już książek jego nie otwiera,
Wtedy dopiero poeta umiera…




Zbiór poezji tego poety został opatrzony naprawdę ciekawymi i niezwykłymi rysunkami,
często ilustrującymi podejmowaną tematykę w poszczególnych rozdziałach (Fraszki o fraszkach, Piórka…, Krople liryczne, Szumowiny, Życie i przemijanie….).
Jako zapobiegliwy artysta ;-) - (o ile artyści kiedykolwiek są zapobiegliwi i przewidujący) -

na plażę zabierałem także przybory do rysowania.
Pozostając pod urokiem fraszek, poezji i rysunków, a także pod wpływem pięknych ;-) nadmorskich widoków (a może po to aby jakoś łatwiej przetrwać plażowanie) z wielką pasją wziąłem się za rysowanie - nasladjuąc styl autora ilustracji.

Efekty zamieszczam poniżej – jedne rysunki są lepsze inne gorsze – kilka z nich jest kompletnie „zmałpowanych” z tych, które znalazłem pomiędzy fraszkami ;-)
Kilka opatrzyłem tytułami rozdziałów z tego zbioru.

















Królewski paw




















"Piórka" i Wieczorna zaduma

















Black Sabath i Pokora...





















"Krople liryczne" i Rosa













Narcyz(a), "Krople liryczne II", "Życie i przemijanie"


























"Szumowiny"i "Nowalijki..."




















Krzyk I, Krzyk II
















"Wiejskie i lesne" i "Rymy"


Sylwester Erazmus
Sierpień 2009

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

...wielka i czarna jak heban Góra Magnetyczna.

Mucha (Alfons - tak dla pewności) to jeden z tych twórców, - tak był twórcą i niezwykłym artystą – którego obrazy wciąż i nadal mnie zadziwiają, stale zaskakując podczas oglądania.

W sportretowanych modelkach jest coś co intryguje i przyciąga hipnotyczno-magnetycznym uśmiechem, jest coś co wyzwala uczucie magicznego zniewolenia. Wszystko to za sprawą ich urody albo za sprawą bystrości „oka” artysty i umiejętności uchwycenia tej niewytłumaczalnej dla ludzkiego rozumu siły przyciągania albo wprost za sprawą jakichś czarów. Bo ta magia piękna kobiet ukazanych w kilkunastu seriach (np. „Pory roku”, „Kamienie szlachetne”, „Pory dnia”,”Księżyc i gwiazdy” itp.) nie jest ziemskiego pochodzenia….
Muszę przyznać, że oryginalnych prac autorstwa Muchy nie widziałem wiele - jedyne to te wystawione w Muzeum Narodowym w maju 2007. Zatem wszystkie moje wrażenia, cała moja wiedza na temat jego prac pochodzi z albumów i książek o nim. A jednak to mi wystarczy by pozostawać pod urokiem „jego kobiet”, by dokonywać coraz to nowych spostrzeżeń, odkrywać coraz to nowe, inne a zarazem pozornie „dobrze znane” szczegóły, by na nowo zauważyć albo tajemniczy uśmiech i hipnotyzujące spojrzenie zobrazowanej modelki albo też ulotne wrażenie ciepła lletniego słońca, mrozu zimy, też zapachu wiosennych i jesiennych ziół przedstawionych w serii „Pory roku”. Dla tego też za każdym razem gdy oglądam serię „kamieniami” doznaję uczucia olśnienia drogocennym błyskiem, ciepłem barwy topazu, czerwieni rubinu, czy też migotliwej bieli ametystu. Za każdym też razem, oglądając serię z gwiazdami odkrywam coś nowego zarazem nieodgadnionego i tajemniczego. Są to dzieła (tak wielkie dzieła), które niemalże zawsze mam przed oczami gdy zamykam powieki.
Dla oddania pełni uroku i magii twórczości Muchy należy też przywołać mnogość przedmiotów użytkowych zainspirowanych jego wyobraźnią – diaboliczne i przerażająco piękne stwory, przepiękne ornamenty roślinne albo wzory „uczłowieczone” lub „ukobiecone” (jakby powiedział inny artysta) posągami i popiersiami pięknych modelek.
To czego nie byłem w stanie zobaczyć na reprodukcjach w albumach dopowiedziałem sobie wyobraźnią po zamknięciu oczu…

Jestem zachłanny na takie piękno, ciągle mi go brak i ciągle mi go mało - więc musiałem coś zrobić by je mieć na co dzień. A może zwyczajnie chciałem, wyrzucić z mojej świadomości to piętno, te obrazy widziane z zamkniętymi oczami…
Dla tego namalowałem swoją wersję „gwiazd”, co więcej zainstalowałem je w domu jako stałą dekorację ścian klatki schodowej.



















Gwiazda zaranna















Gwiazda wieczorna i Gwiazda północna


Nawet fajnie się komponują w otoczeniu białych kamiennych płytek w białym świetle lampe (zdkęcie poniżej).















Każde dobre oddziaływanie jest tylko pozornie dobre, zawsze ma ono swoje skutki uboczne – nie pozbyłem się moich wizji z zamkniętymi oczami, co więcej magia tajemniczych spojrzeń i magnetyzm syrenich uśmiechów z obrazów Muchy spotęgowała swoją siłę przyciągania niczym „..wielka i czarna jak heban Góra Magnetyczna”, którą opisał Leśmian w swojej ksiązce - ale nie powiem której ;-)

Często teraz, po nagłym przebudzeniu z magnetyczno-hipnotycznego” letargu przyłapuję się, iż używam schodów również po to na nich usiąść i by przez parę chwil wpatrywać się w ścienne malowidła…. Zaiste jakieś czary i nieziemska magia – bo brak mi tutaj racjonalnego i naukowego wytłumaczenia…

Lipiec 2009

sobota, 1 sierpnia 2009

Ech... kobiety ...

W kontekście poprzedniego wpisu chciałbym pochwalić się moimi dwoma obrazkami. Pierwszy to dosyć realistyczna praca przedstawiająca kobietę w pozie wskazującej na zamyślenie i zadumę, pozorną obojętność na otoczenie. Stąd też tytuł : Zaduma.
Nieskromnie powiem, że obraz udał mi się pod względem plastycznym. To znaczy można zachwycać się urodą modelki, można podziwiać jej harmonijną budowę ciała, a tak że myślę udaną ogólną kompozycję pracy przy doborze skorelowanej ze sobą kolorystyce. Przyciągają wzrok oświetlone zachodzącym słońcem nogi, ręce, piersi, rozrzucone wiatrem kosmyki włosów.
Jednak coś innego przyciąga moją uwagę. Patrząc na modelkę, na jej pozę, ułożenie ciała, opadające włosy, pozornie niedbałą i bezmyślną zabawę kamykami mam wrażenie że słyszę o czym ona myśli … Myślę, że udało mi się wyrazić charakter pięknej kobiety, jej uczucia i walkę myśli … i też tych niekoniecznie czystych i niewinnych …














„Zaduma” - Maj 2005


Drugi przedstawia również dosyć realistycznie przedstawioną scenę.
Jednak patrząc nań słyszę tylko cykanie zegarka oraz delikatne i stłumione dźwięczenie rubinowych kolczyków ..
Obraz "żyje" dzięki tym dwu elementom martwej natury...















„Martwa natura ale obraz z duszą” – Lipiec 2008





S. Erazmus

Lipiec 2009