sobota, 1 sierpnia 2009

A to Sztuka właśnie…

Sam już nie pamiętam skąd o tym wiem, ale podobno dobry malarz, genialny artysta w swojej pracy na płaskim obrazie potrafi pokazać przestrzenność brył i przedmiotów albo głębię pomieszczeń, to też jest taki co odpowiednio operując światłem i cieniem wydobywa z ogólnej „masy” obrazu to co wg niego jest ważne i to co obserwator powinien zauważyć na początku za nim zacznie analizować resztę. To też taki co malując martwą naturę zręcznie użytymi barwami, ich nasyceniem i kontrastami potrafi wydobyć zapach ziół i kwiatów, smak i soczystość owoców, czy nawet żar i palące gorąco przedstawionych płomieni albo ostry chłód i „parzące” zimo lodu.


Ja chciałbym, marzę nieustannie i myślę o tym by kiedykolwiek udało mi się taka „sztuka” aby oglądający moja pracę np. przedstawiającą kobietę z wiolonczelą albo mężczyznę przy fortepianie – mogli „usłyszeć” muzykę płynącą z obrazu.

Chciałbym by udała mi się taka sztuka aby obserwator i widz mojej pracy, po zamknięciu oczu nadal widzieli przedstawione piękno, wciąż słyszeli czysty i niczym niezmącony śpiew i brzmienie muzyki.

Chciałbym by osoby na moich portretach „mówiły” do nas przenikając nas żywym spojrzeniem, by ich pozornie nieme twarze wyrażały nie tylko uczucia w uchwyconej chwili ale też bieg najskrytszych myśli i uczuć.

Chciałbym by można było dostrzec na tych twarzach drgające mięśnie twarzy napiętej przez złość albo nienawiść i inne negatywne emocje, by ich „żywe oczy” rzucały do nas gromy albo ciepłe i łagodne spojrzenie, zachęcając do rozmowy, wspólnego przeżywania chwili, albo do miłosnych uniesień…

Krótko, chciałbym aby moje obrazy ożyły - dla tego najbardziej lubię malować ludzi i ich portrety – może wtedy mam na to większe szanse …

Ktoś może pomyśleć, że w głowie mi się przewróciło, że za dużo sobie wyobrażam, że są przecież lepsi i bardziej profesjonalni…. Ja za to wiem, że moje malowanie - czasem lepsze czasem gorsze - nie jest skażone komercją, nie maluje bo muszę, nie tworzę by sprzedać.
Maluję bo chcę, bo sprawia mi to przyjemność, bo mnie to pasjonuje, dostarczając emocji niemożliwych do osiągnięcia w żaden inny sposób.

Wreszcie maluję bo daje mi to ukojenie, spokój i możliwość uwolnienia się od obrazów, które widzę gdy zamknę oczy – oczywiście do czasu gdy pojawią się nowe.

Malując, przeżywam każdy ruch ręki z pędzlem, przeżywam każdą kreskę, każdy detal, niemalże oddychając tym działaniem, niemalże zostawiając w każdej pracy cząstkę siebie, swoje myśli i sam już nie wiem co jeszcze...

A to jest Sztuka właśnie (pożyczając słowa poety i malarza), tworzenie prawdziwej sztuki, niezależnie od tego co się chce przedstawić : abstrakcyjne wizje i przeżycia, realistyczne piękno lub brzydotę czy też symbolistyczne przesłanie - wymaga działania starannego i powolnego z należytą pieczołowitością, niejako przypieczętowania swoim oddechem każdego ruchu. Nie ma mowy, nie ma tutaj miejsca na pośpiech i improwizację, na szybkie działanie by zdążyć przygotować serie obrazów na wystawę, by się sprzedać….

Ja w efekcie otrzymuję pracę, w którą włożyłem siebie, o której z pewnością mogę powiedzieć, że nie jest zwykłym kawałkiem płótna pokrytego kolorowymi plamkami i kreskami sprawiającego wrażenie elementu dekoracyjnego na ścianę bądź ornamentu upiększającego wystrój wnętrza. Otrzymuje dzieło pracy moich rąk, o którym - w przypadku gdy uznam, że praca udała mi się - mogę marzyć, że usłyszę muzykę, usłyszę myśli sportretowanej osoby albo niczym Pigmalion mogę śnić że naprawdę ożyje….


Credo – wiosna 2003

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz